Absolutnie nie narzekam, bo byłam bardzo ciekawa produktów tej marki. Chciałam sprawdzić na własnej skórze, czy te wszystkie ochy i achy są uzasadnione.
Miałam przyjemność być w posiadaniu kremu do oczyszczania twarzy z glinką i mydła truskawkowego:
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to Alverde pochodzi z Niemiec. Składniki zawarte w produktach marki w znacznej mierze pozyskiwane są z kontrolowanych upraw. Nie zawierają olejów mineralnych, syntetycznych substancji zapachowych, barwników i konserwantów. Nie są testowane na zwierzętach , a większość z nich to produkty wegańskie.
Nie jestem eko- świrem, ale takie podejście doceniam.
- Krem oczyszczający:
Bardzo ostrożnie podchodziłam do tego specyfiku. Bałam się, że wysuszy mi twarz na wiór, bo dedykowany jest cerom przetłuszczającym się, z niedoskonałościami. Moja jest raczej normalna i tylko delikatnie przetłuszcza się w strefie T. Niedoskonałości może i czasem się pojawiają, ale nie aż takie, żeby lamentować i zaraz stosować przeciwtrądzikowe produkty. Rozumiecie zatem moje obawy?
Krem jednak okazał się być bardzo przyjemnym pomimo, że jego jednym z głównych składników jest glinka heilerde, która jest delikatna, ale raczej nienajdelikatniejsza (stosuje się ją przy leczeniu trądziku, egzem, łuszczyc itp, czyli poważnych zmian skóry; inaczej mówiąc, heilerde jest czystą, leczniczą glinką lessową, która łączy w sobie zdolność łagodzenia i dogłębnego oczyszczania). I szczerze mówiąc przyjemnych doświadczeń z glinkami do tej pory nie miałam.
Nie bez znaczenia też są zawarte w kremie oleje i ekstrakty, które nie dość, że pomagają pozbyć się zanieczyszczeń (silikon i filtry najlepiej zmywa się olejem przecież) to jeszcze chronią i nawilżają cerę.
I rzeczywiście formuła kremu była lekko tłusta, ale po zmieszaniu z odrobiną wody przemieniała się cudownie w aksamitną emulsję. Dobrze się zmywała, nie zostawiając po sobie uczucia lepkości. Świetnie dawała sobie radę z pełnym makijażem (oprócz oczu rzecz jasna- w tamtych rejonach używam czegoś znacznie delikatniejszego). Sprawdzałam kilkakrotnie micelem- twarz zawsze była wzorowo czysta. Wzorowo czysta, lecz nie ściągnięta, raczej naturalnie zmatowiona, dobrze oczyszczona, w każdym razie nie krzyczała o natychmiastowy krem. W czasie stosowania tego produktu nie odnotowałam choćby najmniejszego przesuszenia, co u mnie nierozerwalnie łączy się ze wzmożonym wydzielaniem sebum, czyli świeceniem się jak... niewiadomoco.
Nie wiem jak sprawdziłby się przy skórze trądzikowej, bo takiej nie posiadam, ale muszę zaznaczyć, że podczas użytkowania tego produktu nie pojawił mi się żaden wróg.
Generalnie porządny, godny uwagi kosmetyk, tylko ma jedną wadę, a mianowicie: ŚMIERDZI. Śmierdoli okropnie i początkowa faza naszej znajomości, dla mego nadwrażliwego nosa, była niewypowiedzianą katuszą. Dzięki Bogu przyzwyczaiłam się, a działanie zrekompensowało tę "drobną" niedogodność.
Z kolejnym produktem Alverde tak dobrze już nie poszło.
- Mydło:
Mydło truskawkowe, które z truskawką ma tyle wspólnego co ja z Naomi Campbell, jakoś do mnie nie przemawia. No dobrze- kolor jest wspólny.
Nie jest jakieś wybitnie złe, bo skład ma w porządku (jeśli ktoś toleruje olej palmowy, ja- nie bardzo, ze względów, nazwijmy to, ideologicznych), ale spodziewałam się zniewalającego zapachu. Truskawkowego przede wszystkim.
W składzie mydła doszukać się można suszonych liści poziomki, które, zakładam, mogłyby delikatnie pilingować naszą skórę. Być może, gdyby tylko było ich więcej niż 5!!! Zresztą, kryje się tu pewna zagadka- dlaczego liście poziomki w truskawkowym mydle? Element zaskoczenia?
Produkt jedynie poprawny- trochę przesuszył mi skórę i rozczarował zapachem.
Bez rewelacji. Na szczęście nie był zbyt wydajny;)
Może znacie te produkty i macie inne doznania. Podzielcie się;)
Owocnego tygodnia życzę;)